Orgazmiczne mity



Ostatnio w świecie seksblogerek gorącym tematem są kobiece orgazmy. U mnie z resztą nie inaczej ;) W poprzednim poście chciałam zwrócić waszą uwagę na fakt, że orgazm nie jest wyznacznikiem jakości seksualnego pożycia. Dzisiaj natomiast, chcę was zachęcić do refleksji w debacie nad orgazmem łechtaczkowym i pochwowym.

Z jednej więc strony staramy się udowodnić, że orgazm dla kobiety nie jest koniecznym czynnikiem w osiągnięciu satysfakcji. Z drugiej jednak fiksujemy się na punkcie orgazmu pochwowego. Internetowe fora pełne są instrukcji jak osiągnąć ten rodzaj orgazmu, porad, co może być nie w porządku, skoro kobieta takiego orgazmu nie doświadcza. A przy tym wszystkim, gdzieś z tyłu głowy mamy myśl, że orgazm pochwowy jest wisienką na torcie dojrzałego seksu.
Czy nigdy nie zastanawialiście się, skąd takie zbiorowe przeświadczenie się wzięło? I ile jest w nim prawdy?

A więc, prawdy w tym twierdzeniu jest nie za wiele. Pojęcie orgazmu pochwowego, jako dojrzałego orgazmu swoje korzenie ma w teoriach Zygmunta Freuda. Ten zacny psychoanalityk oparł swoją psychoanalizę, nazywaną klasyczną, na energii libido. Energia ta postrzegana jest, jako główny motyw i wyjaśnienie ludzkich pragnień oraz działań. Brnąc dalej w swoich dociekaniach, Freud stwierdził, że w okresie dojrzewania kobieta doświadcza orgazmu łechtaczkowego, a gdy okres pokwitania minie - pochwowego. Freud uważał również, że kobieta odczuwa nieodpartą zazdrość o męskiego członka, co jest źródłem jej problemów.  Jednym ze sposobów na pozbycie się tych problemów jest więc uzupełnienie tego ubytku, co ma miejsce podczas...penetracji. I tutaj tkwi sekret dojrzałego orgazmu Freuda.

Czy nadal uważasz, że osiągnięcie orgazmu pochwowego jest ci niezbędne do osiągnięcia dojrzałej satysfakcji seksualnej?

Tematyka kobiecego orgazmu budziła żywe zainteresowanie kolejnych badaczy. Momentem przełomowym są próby naukowego podejścia do seksualności ludzi przeprowadzone przez Kinsey'a. Jego ankiety ukazały światu, że najważniejszą rolę w seksualnej stymulacji kobiet odgrywa łechtaczka. Kilkanaście lat później słynny duet Masters&Johnson przeprowadza szereg obserwacji, podczas których zaobserwowali, że kobiecy orgazm zaczyna się w łechtaczce i rozszerza się na pochwę. W międzyczasie pojawia się odkrycie punktu G, które w rzeczywistości nie zostało poparte wystarczającymi dowodami.
Sporo z obecnie obowiązujących orgazmowych teorii nie zostało nigdy naukowo potwierdzonych, a mimo to, na ich podstawie tworzymy obraz naszego życia seksualnego.
W ostatnich latach toczy się debata o to, czy orgazm pochwowy w ogóle istnieje. Sugerując się anatomią łechtaczki, wysnuto hipotezę, że pobudzanie punktu G prowadzi do pobudzenia zakończeń nerwowych łechtaczki. W takim razie, jaka jest prawda?

Prawda jest taka, że to rzecz indywidualna (jak to z prawdą bywa ;) ). Kobiece ciało potrafi być ciałem seksualnym, na którym znajduje się wiele indywidualnych stref. Ich pobudzenie prowadzi nie tylko do podniecenia seksualnego, ale także do orgazmu. I co ciekawe, odczucia płynące z przeżywanego orgazmu mogą się różnić, w zależności od jego rodzaju. Tak więc, inaczej będzie doświadczany orgazm płynący z pieszczot piersi, a inaczej ten, dzięki pobudzaniu genitaliów. Również, inny jest orgazm przeżywany w samotności od tego z partnerem. Czy ten od zabawki, bądź od strumienia wody.
Świat kobiecego orgazmu jest niezwykle kolorowy.
Po co więc ograniczać go do tylko dwóch rodzajów, których ważność i jakość wmówiono nam przed wieloma laty?

Zachęcam was do prowadzenia własnych odkryć i obserwacji. Poznawaj swoje ciało, sama czy też z partnerem. Bo w seksie najlepiej jest odstawić wszelkie tezy i teorie na bok, i na nowo poszukiwać tego, co dla nas najlepsze.

M.

Komentarze